Spieszmy się rozmawiać o demografii.

Kilka dni temu Fundacja Mamy i Taty rozpoczęła kolejną medialną kampanię prorodzinną. Wcześniejsze  – „Pomyśl o dziecku”, „Miłość – lepiej na całe życie” i „ Rozwód przemyśl to”, pomimo stawania wbrew głównemu nurtowi i na przekór wszechobecnej politpoprawności, nie wywołały większych kontrowersji.  Inaczej niż ta ostatnia – „Spieszmy się rodzić dzieci”. Po ukazaniu się związanych z nią materiałów multimedialnych internety się zagotowały.

Samo wrzenie oczywiście nie dziwi. Kampania społeczna powinna wywołać dyskusję i podgrzewać emocje.  Jest skuteczna wtedy, kiedy się o niej mówi. W Polsce, która z beztroskim uśmiechem coraz bardziej pochyla się nad przepaścią demograficzną i której polityka prorodzinna zarówno materialnie jak i mentalnie opiera się głównie na pomocy społecznej,  brakuje głośnych merytorycznych dyskusji. Nic w tym dziwnego. Tematy rodzinne są nudne (chyba, że piszemy o skrajnej biedzie lub patologii) i nie mogą przebić się do mainstream`u. Chociaż w naszej sytuacji byłoby to wskazane. Co więcej – rodzina sama powinna wyznaczać główny nurt.

I być może dzięki podobnym akcjom uda się wytworzyć taki „Familly mainstream”. Ale żeby tak się stało, dyskusja musi być wyważona. Z dwóch stron. W tym wypadku zdecydowanie tego zabrakło.  Pomimo, że z wielu badań wynika, iż część rodziców często wciąż z różnych powodów odkłada decyzję o rodzicielstwie do czasu, kiedy jest już za późno, pojawiło się mnóstwo głosów, że to bzdura.  Że powodem braku dzieci są zawsze kwestie ekonomiczne, brak odpowiedniego partnera, brak stabilizacji i tym podobne. Oczywiście standardowo można było przeczytać także,  że rodzenie dzieci to prywatna sprawa kobiet i jako taka w ogóle nie powinna podlegać dyskusji. Poza tym rodzenie jest ciężkie, służba zdrowia niedomaga i zdecydowanie wygodniej jest mieć w domu psa.

Tymczasem przesłanie akcji nie wymusza na nikim posiadania potomstwa. Nie piętnuje braku dzieci. Mówi po prostu o tym, że ciągłe odkładanie decyzji, może być tragiczne w skutkach. Bo biologii oszukać się nie da.  I nie ma w tym nic nieprawdziwego, godnego potępienia i niewłaściwego. Podobnie jak w podawanych przez twórców kampanii, informacjach o pojawiających się negatywnych skutkach hormonalnej antykoncepcji.

Możliwe, że w tym właśnie tkwi problem wszystkich krzyczących w niebogłosy. Bo prawda – szczególnie ta trudna – jak wiadomo mocno kole w oczy. Najlepiej jest więc ją chórem zakrzyczeć. Wszak merytoryczne dyskusje są takie nudne.